The Sword’s Path Boot Camp I – moja relacja

6:00 rano. Wszystko boli. Korzystałem z każdej chwili, byle jak najdłużej sobie poleżeć przed zaprawą o 9:00. To był typowy test siły woli. No ale co zrobić, można narzekać, marudzić, lecz gdy przychodzi co do czego, nie ma, że się nie chce. Trzeba postawić dupę do pionu i jazda w las.

Niedzielna zaprawa ograniczyła się do sprintu pod stromiznę prowadzącą do fortu. Pierwsze podejście i było nawet znośnie. Zeszliśmy spokojnym krokiem na dół by uspokoić oddech i znów jazda pod górę. Lekkie mroczki przed oczami na szczycie, ale nie było tragedii. Chwila przerwy, zeszliśmy w dół i znowu sprint pod górę. Udało mi się nawet dobiec jako trzeci. Na koniec jeszcze jedna rundka i ogień pojawił się w łydkach. Przynajmniej zrobiło się ciepło, bo temperatura rano oscylowała lekko powyżej 0° Celsjusza :D.

Na końcu rozsiedliśmy się wygodnie na drewnianej konstrukcji treningowej z szeregiem wahadeł. Była chwila na kolejną porcję rozmów o wczorajszym mini turnieju w sali tronowej. (:

The Boot Campers going through drills

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Alpharius El’Johnson (@ageofalpharius)

Hit him!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Alpharius El’Johnson (@ageofalpharius)

Po zaprawie śniadanie do pełna, trawienie i ostatnia sesja treningowa, którą miałem przyjemność prowadzić. Tematyka? Działanie z kontry. Temat był wdzięczny i doskonale pokrywał się z tym, co przerobiliśmy dzień wcześniej przy okazji nauki obrony. Poszczególne akcje rozbudowaliśmy o ripostę, więc połowa mechaniki nie była już nikomu obca. Chyba najbardziej ucieszył mnie fakt, że Albert przemycił do jednej z zadaniówek patent podpatrzony podczas naszej wcześniejszej walki z Alanem. Fajnie, że zrobiła ona na chłopakach wrażenie.

Tym razem musiałem się zamknąć w dwóch godzinach, bo zaraz po treningu zamykaliśmy imprezę. Wszystko poszło sprawnie, chłopaki bardzo fajnie się już ruszali i odnajdywali w operowaniu mieczem. Wiadomo, że jednym przychodzi to łatwiej niż innym, ale u każdego był widoczny znaczący progres w stosunku do tego, co widzieliśmy pierwszego dnia. Całość chyba najlepiej podsumował Vanja w sobotę wieczorem. Powiedział, że przyjeżdżając na obóz miał duże oczekiwania co do wysiłku fizycznego jaki go tu spotka, a nam udało się przebić te oczekiwania. Przypomnę tylko, że Vanja jest sportowcem.

Na koniec ciśnie się podstawowe pytanie. Dla jakich osób jest tego typu obóz treningowy?
Ciężko dokładnie to sprecyzować, ale pewnym jest, że dla takich, którzy nie boją się spocić, przemarznąć i upaprać w błocie. Ponad to, jeśli nie potrzebujesz jakichś specjalnych wygód i czystej pościeli, a brak kontaktu z Fejsem i innymi Instagramami będzie dla Ciebie formą urlopu, to też powinieneś/powinnaś wziąć udział w naszym obozie. I w końcu, jeśli od zawsze fascynowały Cię miecze, ale nie masz z kim trenować szermierki, to koniecznie wpadaj na wiosnę, bo najprawdopodobniej wtedy odbędzie się druga edycja The Sword’s Path Boot Camp. Wyczekuj dalszych informacji i do zobaczenia już niebawem. (:

Powiązane wpisy

Moja pierwsza rutyna: 5 Maisterhawen. Jeśli jeszcze nie czytałeś/aś wcześniejszych wpisów, możesz to zrobić tutaj: "Moja historia". Przy okazji polecam chilloutową kapelę, przy której muzyce się właśnie relaksuję. (: Skoro w poprzed...
Moje pierwsze rutyny: Florysh na do widzenia. Jest to kontynuacja wpisu: "Moje pierwsze rutyny: Oberhawen". Ciąg dalszy dramatu we Francji. Aż się odechciewa słuchać muzyki. Na koniec tamtego dnia, wykorzystałem cały mój ówczesny repertuar ...
Moje pierwsze zawody DESW – ŚKUNKS 2010 Dziś molestuję swe bębenki Faunem. No to cofnę się dzisiaj o dwa kroki w stosunku do ostatniego wpisu i opowiem jak wielkim przeżyciem była dla mnie pierwsza w życiu impreza DESW. O ile pamięć...

Strony: 1 2 3 4 5 6

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *