the-swords-path-boot-camp-1

The Sword’s Path Boot Camp I – moja relacja

Trening prowadzony był przez Alana, który zaznajomił wszystkich z czterema podstawowymi uderzeniami oraz postawami przyjmowanymi podczas ich wykonywania. Rzezaliśmy drille w sekwencji począwszy od jednego uderzenia, rozbudowując ją do ostatecznej formy czterech uderzeń. Wszystko to poprzedziliśmy dość wymagającą rozgrzewką, po której potrzebowałem chwili na złapanie oddechu – jesienią nigdy nie jestem w formie, a 4 dni które poświęciłem na przygotowania to zdecydowanie za mało by przetrwać tę rozgrzewkę bez żadnych problemów. (;

W sumie przez półtorej godziny wykonaliśmy po kilkaset powtórzeń sekwencji przygotowanej przez Alana. Była to dobra zaprawa przed następnymi treningami. Też ciekawa sprawa, bo o ile rozgrzewka dała mi w kość, tak gdy przeszliśmy do machania drewnianymi symulatorami mieczy, miałem poczucie, że mógłbym tak machać jeszcze przez długi czas po zakończeniu treningu. Widać było, że partie mięśni pracujące podczas operowania mieczem są odpowiednio przygotowane do działania, pomimo jesiennej stagnacji. (:

Źródło: Wioska Fantasy - https://www.facebook.com/wioskafantasy/

Źródło: Wioska Fantasy – https://www.facebook.com/wioskafantasy/

Dodatkowym aspektem tworzącym klimat były światła halogenów, przy których trenowaliśmy. Wiadomo, że w listopadzie zmrok zapada bardzo szybko, a bez dodatkowego źródła oświetlenia można co najwyżej podziwiać nocne niebo. Halogeny pełniły jeszcze jedną ważną funkcję, można było przy nich ogrzać sobie dłonie, bo temperatura podczas obozu oscylowała w okolicach 5° Celsjusza.

Aha, już bym zapomniał. W trakcie treningu dostaliśmy telefon od straży granicznej z pytaniem, czy spodziewamy się niejakiego Mahmeta z Turcji, bo nie wiedzą, czy go przepuścić przez granicę. O_o’

Po treningu przyszła pora na najlepsze – gorące jadło w karczemnym klimacie :D. Na wstępie wjechał żurek. Gęsty, gorący, pyszny. Po treningu smakował jak pokarm bogów. Potem zrobiło się jeszcze lepiej, bo pod żeliwnymi kloszami czekały na nas prawdziwe rarytasy. Ziemniaczki w kilku formach, kotlety, szaszłyki, kurczaczki i surówki do wyboru. No po prostu wszystko, czego wymęczony treningiem troglodyta mógłby zapragnąć. Było tego tyle, że kończyliśmy dojadać ostatki jeszcze nazajutrz rano. No, ale nie tak prędko. W piątek czekała nas jeszcze jedna atrakcja. W harmonogramie imprezy wyznaczono ją na 22:00, pod nazwą „Nocna akcja”.

Przygotowania przesunęły się troszkę w czasie. Jakoś po 23:00 zaczęliśmy się szykować do wymarszu. Nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie idziemy i w jakim celu. Każdy dostał syntetyczny miecz do bezpiecznej walki bez ochraniaczy, ubraliśmy się cieplej, bo chwycił lekki mróz i wyruszyliśmy w drogę.

Wyszliśmy z Wioski kierując się na północ w pobliski las. Szliśmy gęsiego, drogę oświetlając trzema latarenkami. Ciemność była nieprzenikniona, więc gdyby nie dodatkowe źródła światła, łatwo można by było zgubić ścieżkę. Jedynie patrząc w górę na rozgwieżdżone niebo mogliśmy się z grubsza zorientować w sytuacji, śledząc czarne kontury drzew i pagórków, które mijaliśmy po drodze. W pewnym momencie zdałem się już tylko na osobę prowadzącą naszą kolumnę i zamiast starać się zorientować dokąd idziemy, patrzyłem pod nogi by nie potknąć się o korzeń, czy inną nierówność terenu.

Wdrapaliśmy się na szczyt pagórka przylegającego do Wioski, po czym zeszliśmy stromizną do podłużnego zagłębienia otaczającego pobliski fort. Był to XIX-wieczny kompleks obronny, o którym więcej możecie poczytać TUTAJ.

Gdy znaleźliśmy się na dole, podążaliśmy dalej dnem zagłębienia. Po kilku chwilach ukazało się naszym oczom wejście do tunelu. Tu zaczął się robić prawdziwy klimat. Płomienie latarni tańczyły energicznie, rzucając cienie na ściany, a my całą kolumną szliśmy przed siebie. Ciepłe światło rozświetlające okolicę tworzyło bardzo przytulną i przyjazną atmosferę. Niespodziewanie skręciliśmy o 90° po czym wyszliśmy na powierzchnię, pokonując ostatni fragment pod stromą górkę. Ponownie rzuciło mi się w oczy niesamowicie czyste i rozgwieżdżone niebo, chyba najpiękniejsze jakie dotąd widziałem. Ten widok będzie mi towarzyszył we wspomnieniach jeszcze przez długi czas.

Po drodze ekipa z wioski odegrała dość niepokojącą scenkę, przy dźwiękach demonicznych szeptów i ambientowej melodii, wydobywającej się z bliżej nieokreślonego miejsca. Nie będę zdradzał szczegółów, bo kto wie, może i Ty doświadczysz tego wszystkiego w następnej edycji? (;

Powiązane wpisy

Moje pierwsze rutyny: Florysh na do widzenia. Jest to kontynuacja wpisu: "Moje pierwsze rutyny: Oberhawen". Ciąg dalszy dramatu we Francji. Aż się odechciewa słuchać muzyki. Na koniec tamtego dnia, wykorzystałem cały mój ówczesny repertuar ...
Shinaiowy zawrót głowy Pora na odrobinę polskiej muzyki po angielsku, czyli Frozen Lakes. Czas opowiedzieć Ci o moim największym wzroście umiejętności sparingowych i o bardzo prostym, a zarazem relatywnie tanim spo...
Warsztaty z Marcinem Surdelem Wzięło mnie na płytę, której namiętnie słuchałem w tamtym okresie. 30 Seconds to Mars - This is War. Polecam. (: Wspomniałem pod koniec poprzedniego wpisu, że zaczęły trenować z nami niedobitki...

Strony: 1 2 3 4 5 6

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *