Zamki

Pierwsze wyjście z mroku.

To był wyjątkowo śnieżny grudzień. Usiedliśmy w jednej z dziesiątek knajp na ulicy Cechowej, chyba nawet była to jakaś pizzeria, ale siedzieliśmy przy piwku. Rozmowa od razu się kleiła, w końcu spotkało się trzech pasjonatów walki mieczem.

Nie minęła chyba nawet godzina, piwo się skończyło, a nam zachciało się wyskoczyć na śnieg i pomachać trochę. Po prostu, tak nakręciliśmy się rozmową, że było trzeba dać upust tej całej pozytywnej energii. Na szczęście mieliśmy ze sobą Wastery (drewniane symulatory mieczy), więc czym prędzej wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do okolicznego Parku Włókniarzy, żeby nie straszyć przechodniów w centrum miasta. (;

Było już ciemno, jak to w grudniu, więc znaleźliśmy sobie kawałek przestrzeni oświetlony przez latarnie. Śniegu było dość sporo, na pewno powyżej kostki. Michał chciał ocenić co tak naprawdę umiemy, bo z gadania zazwyczaj nic nie wynika. Powiedział:

– To może pokażcie jakąś rutynę.

I tu był problem. Większość ćwiczeń wykonywaliśmy do tej pory w parach. O Rutynach dowiedziałem się może miesiąc wcześniej i byłem na etapie sekwencji Oberhaw, Oberhaw, Unterhaw :D, no może jeszcze z jakimś pchnięciem od czasu do czasu. Łukasz rutynami się chyba wcześniej nawet specjalnie nie interesował. W każdym razie, jego reakcja zrzuciła na mnie całą odpowiedzialność, za wywarcie pierwszego wrażenia na Michale. Powiedział coś w stylu:

– To może ty Kuba coś pokaż. Ostatnio się trochę zajmowałeś rutynami.

A ja wtedy wielkie oczy. No ale co zrobić, i tak kiedyś musiało do tego dojść. Chwyciłem drewniany miecz i wykrzesałem z siebie 300% swych umiejętności. Nie wiem, jak to wyglądało z 3-osobowego punktu widzenia ale czułem się jak Wiedźmin na prochach. ;P

Michał uważnie obserwował moje wyczyny z mieczem, mruknął coś w trakcie pod nosem, a gdy zrobiłem sobie przerwę aby ruszyć w drugą stronę (potrafiłem wtedy robić rutyny tylko w linii), patrzyłem badawczo na reakcję Michała z pytaniem na twarzy „Czy o to chodziło?”. :D

Wtedy Michał wziął drugiego Wastera i mówiąc coś w stylu:

– Bo wiecie, w rutynach chodzi o to aby wyobrażać sobie przeciwników atakujących z różnych kierunków i starać się wygarnąć w nich swój cały repertuar – wykonał najbardziej dynamiczną i najszybszą „walkę z cieniem” jaką na oczy widziałem. Dosłownie szczęka opadła nam do ziemi. Do tego stopnia z Łukaszem byliśmy pod wrażeniem, że popatrzyliśmy tylko na siebie, zebraliśmy szczęki ze śniegu i zaczęliśmy się zwyczajnie śmiać. Michałowi aż zrobiło się głupio i spytał:

– O co chodzi, czy coś robię nie tak?

My oczywiście, szybko wyjaśniliśmy mu, że to śmiech z poziomu naszych umiejętności, a nie jego. (:

Żeby Ci uzmysłowić jaki wtedy był kontrast pomiędzy tym na jakim etapie byliśmy my, a na jakim Michał. Poniżej wrzucam filmik pokazujący Meisterhawy (ciosy mistrzowskie) w jego wykonaniu. (:

Teraz już wiadomo skąd ten śmiech. (:

Gadaliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę, na zmianę z machaniem, ale powoli robiło się późno więc odwieźliśmy Michała do centrum, po czym pojechaliśmy do domu.

W drodze powrotnej, dość żywiołowo rozmawialiśmy z Łukaszem o całym spotkaniu. Aż nie będę wdawał się w szczegóły by zachować pozory przyzwoitości. W każdym razie, to popołudnie całkowicie odmieniło moje podejście do DESW. Wiedziałem, że muszę nakurwiać jak Pajda i od tamtej pory wytyczyłem sobie zupełnie nowy poziom, który chciałem osiągnąć. Zapowiadała się bardzo pracowita zima. Ale o tym i o milionie innych wspomnień napiszę w następnych wpisach. (:

Powiązane wpisy

Od tego się zaczęło poważne trenowanie. Początki treningu sztuk walki są naprawdę trudne. Jednak mimo powolnych postępów nie warto się zniechęcać. Każdy, nawet najmniejszy element wyuczony po długich godzinach wylewania krwi i potu zasługuj...
Moje pierwsze rutyny: Oberhawen. Jest to kontynuacja wpisu: "Moja pierwsza rutyna: 5 Maisterhawen". Dzisiejszy wieczór spędzam przy Pixies. Najprostsze co możesz zacząć trenować, to mielenie na okrągło Oberhawów. Jeśli jesteś p...
Moja pierwsza rutyna: 5 Maisterhawen. Jeśli jeszcze nie czytałeś/aś wcześniejszych wpisów, możesz to zrobić tutaj: "Moja historia". Przy okazji polecam chilloutową kapelę, przy której muzyce się właśnie relaksuję. (: Skoro w poprzed...

Strony: 1 2 3

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


  9 komentarzy do “ Pierwsze wyjście z mroku.

  1. Aleksander Dynarek
    17 grudnia 2014 at 09:54

    Ekstra blog! Jestem uczniem Krzysztofa Kruczyńskiego z Łodzi, gdzie mamy grupę Mordschlag Łódź. Obecnie przeżywamy dynamiczny rozwój przez zastrzyk młodej krwi. Ekstra czyta się o twoich początkach i gorąco wspieram ideę deswowego bloga. Szczególnie, że doskonale rozumiem klimaty w stylu „nakurwianie samotnie w parku na mrozie wasterem” bo sam tak zaczynałem gdy regularny Mordschlag to były poza mną dwie aktywne osoby i od czasu do czasu indywidualny trening z Krzysztofem. Pozdroweinia z Łodzi, mam nadzieję do zobaczenia na zywo :-)

    • 17 grudnia 2014 at 10:34

      Dzięki. Pozdrów Krzysia przy okazji. (:
      Trening w plenerze przy skrajnie niekorzystnych warunkach atmosferycznych jest najlepszym testem charakteru. Trzymam kciuki za waszą grupę, rośnijcie w siłę! (:

  2. 16 grudnia 2014 at 10:45

    Każdy z nas ma mroczną przeszłość. Chyba większość zaczynała od jakiejś grupy rekonstrukcyjnej czy bractwa rycerskiego. Mój pierwszy szok przeżyłem w ŚKUNKSie 2009(?), gdzie miałem okazję poznać ludzi ze świata DESW, w tym Michała. Okazało się, że to do czego sam doszedłem poprzez pracę nad materiałami dostępnymi w internecie (głównie strona ARMA-PL) oraz na treningach zaledwie dało mi mgliste pojęcie jak to robić.

    Dobra rada dla początkujących: Znajdźcie sobie nauczyciela.

    • 16 grudnia 2014 at 11:42

      Na szczęście coraz łatwiej trafić na jakąś grupę treningową, szczególnie w dużym mieście. Jeśli nie ma możliwości trenować regularnie to zawsze jest opcja dojeżdżać zaocznie na jeden trening w miesiącu, a później działać przez następny miesiąc w swoim lokalnym otoczeniu przerabiając ćwiczenia, które się wyniosło z treningu w grupie.

      Ale fakt, samemu jest ciężko.

      • 17 grudnia 2014 at 08:35

        Albo zawsze można pojechać na imprezę DESW, gdzie zazwyczaj są seminaria i warsztaty. Nawet taka jednorazowa konsultacja sporo daje i pokazuje, w którym kierunku dalej zmierzać.

        Moim zdaniem warto zachęcać do tego początkujących, bo oni często nie zdają sobie sprawy z tego, a zazwyczaj mają niechętne nastawienie do kontaktu z zupełnie obcym światem.

        • 17 grudnia 2014 at 10:25

          Też prawda. Mi pierwszy ŚKUNKS dał naprawdę wiele. Chyba przez tydzień po imprezie chodziłem nakręcony. (:

  3. 15 grudnia 2014 at 23:53

    Fajnie się czyta Twoje początkowe perypetie. Okazuje się, że są jakieś fakty o których nawet ja nie miałam pojęcia xP

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *