Dawna szermierka

Obiecujący start FECHTERa.

Ale jak to przeważnie bywa z ludźmi, stopniowo zaczęli się wykruszać. Najpierw odpadli Ci, którzy zjawili się tylko raz, czy dwa aby spróbować. Następnie Ci, którzy mieli problemy z dojazdem. Po nich odpadły osoby, którym z różnych przyczyn sytuacja życiowa nie pozwalała na trening, a na końcu zostali Łukasz Derewiecki, Gabriel Lebioda i ja. To nasza trójka stanowiła trzon FECHTERa i nie opuszczała żadnego treningu, aż do wakacji, gdy sala stała zamknięta do następnego roku szkolnego.

Jeśli prowadzisz grupę i załamujesz ręce, gdy po tygodniu lub dwóch ludzie przestają regularnie trenować, to nie poddawaj się. To jest całkowicie naturalny proces, bowiem ludzie są zwyczajnie leniwi i szukają byle wymówki aby nie musieć się wysilać. Jak przy każdym sporcie walki (i sporcie w ogóle), DESW wymagają od trenujących wysokiej sprawności fizycznej, więc jeśli ktoś migał się z lekcji W-Fu, to szybko zacznie migać się z treningów dawnej szermierki (są oczywiście nieliczne wyjątki od tej reguły).

Tak czy inaczej, parliśmy ciągle do przodu – bez względu na frekwencję. W końcu jeśli ktoś zwyczajnie nie chce, to siłą się go do niczego nie zmusi.

Dodatkową inspirację, wiedzę i konkretne ćwiczenia zadaniowe braliśmy od Michała Pajdy (jeśli nie wiesz kim jest Michał, zachęcam do lektury wpisu Pierwsze wyjście z mroku). Staraliśmy się spotykać z nim tak często jak to tylko możliwe aby podpytywać, czy nasze metody treningowe są cokolwiek warte i konfrontować nasze interpretacje poszczególnych technik z jego wieloletnim doświadczeniem. Udawało nam się to przynajmniej raz w miesiącu. Pakowaliśmy się ze sprzętem do zielonego czołgu Łukasza i jechaliśmy na pół dnia do Rycerki. Ani śnieg, ani mróz nie były nam straszne. Znajdowaliśmy sobie kawałek wolnej przestrzeni i działaliśmy. Najbardziej ekstremalne warunki, w jakich zdarzyło nam się trenować to -13°C. Niestety stal w takiej temperaturze staje się dość krucha więc urządziliśmy sobie sparing na bambusowe Shinaie do Kendo. (;

To Michał jako pierwszy pokazał nam jaka jest różnica gdy walczy się stalą (do tej pory mieliśmy styczność tylko z drewnianymi mieczami). Chwytając Federschwerta pierwszy raz, od razu staje się jasne dlaczego nazywany jest mieczem piórowym. Doskonałe wyważenie i świst przecinanego powietrza podczas wyprowadzania ciosów sprawiają wrażenie jakby się miało zaraz odfrunąć. Do tego „klejąca” się stal przy związaniu powoduje, że te wszystkie techniki, z którymi był problem przy odbijającym się od siebie drewnie, nagle stają się o wiele łatwiejsze. Pierwszy kontakt ze stalą i od razu wiedzieliśmy z Łukaszem, że trzeba odkładać kasę na swoje Federy.

Powiązane wpisy

Pierwsza sala treningowa. Mieliśmy już nazwę grupy, mieliśmy już chętnych, ale problemem było znalezienie stałego miejsca treningowego. Ludzie byli rozrzuceni po całej okolicy Bielska-Białej i nie zawsze każdy miał cza...
Od tego się zaczęło poważne trenowanie. Początki treningu sztuk walki są naprawdę trudne. Jednak mimo powolnych postępów nie warto się zniechęcać. Każdy, nawet najmniejszy element wyuczony po długich godzinach wylewania krwi i potu zasługuj...
Moje pierwsze rutyny: Unterhawen. Jest to kontynuacja wpisu: "Moje pierwsze rutyny: Oberhawen". Tym razem nie będzie muzyki. Słucham informacji o zamachu terrorystycznym na redakcję paryskiego magazynu "Charlie Hebdo". Kolejnym ...

Strony: 1 2 3

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *