Moje pierwsze zawody DESW – ŚKUNKS 2010

Dziś molestuję swe bębenki Faunem.


No to cofnę się dzisiaj o dwa kroki w stosunku do ostatniego wpisu i opowiem jak wielkim przeżyciem była dla mnie pierwsza w życiu impreza DESW.

O ile pamięć mnie nie myli, na Śląskie Konfrontacje Utraconych Nauk Kunsztu Szermierczego (ŚKUNKS) zaprosił nas Marcin Surdel (współorganizator imprezy) jeszcze podczas kwietniowych warsztatów, o których pisałem jakiś czas temu. Do Rybnika, gdzie ŚKUNKS odbywa się nieustannie od 2009 roku, mamy niedaleko, więc nie mogliśmy darować sobie okazji do poznania prawie całej polskiej społeczności DESW, która w zasadzie miała przyjechać do nas. (:

Pech chciał, że Łukasz miał akurat w ten weekend zjazd na uczelni, o czym dowiedział się dopiero w maju. W tej sytuacji, zamiast z Łukaszem, pojechałem z Gabrielem.

Teraz muszę poruszyć bardzo ważną kwestię. Jestem z charakteru osobą słabo radzącą sobie w relacjach międzyludzkich, dlatego bardzo ciężko przyszło mi zebranie się i konfrontacja z ludźmi, których w zasadzie w ogóle nie znałem. Musiałem wykrzesać z siebie nadludzkie pokłady odwagi i samozaparcia, oraz przełamać własne kompleksy na punkcie swoich ówczesnych umiejętności. Dodatkowo w wielu kwestiach jestem perfekcjonistą i nie lubię obnażać swoich słabości, czy ułomności. To wszystko sprawia, że zdarza mi się rezygnować z wielu bardzo wartościowych wydarzeń, czego zawsze żałuję po fakcie.

Dlaczego o tym piszę? Być może masz podobne problemy ze sobą. Jeśli tak, uwierz mi na słowo – warto je przezwyciężać. To wzmacnia charakter i pozwala doświadczać przeżyć, które ominęłyby Cię bezpowrotnie pozostawiając za sobą tylko żal i smutek, a to do niczego dobrego nie prowadzi.

Mamy w Polsce to szczęście, że środowisko DESW tworzą wspaniali ludzie. Na wejściu byliśmy bardzo miło przywitani, szybko załatwiliśmy wszelkie formalności, otrzymaliśmy koszulki okolicznościowe i czym prędzej poszliśmy się przebrać bo lada moment miał się rozpocząć pierwszy warsztat z walki langes messerem, prowadzony przez Marcina Surdela.

Nigdy wcześniej nie miałem styczności z bronią jednoręczną, dlatego pojawiły się w mej głowie obawy czy nie zrobię z siebie pośmiewiska. Okazało się, że nie bez powodu długi miecz jest rdzeniem i podstawą liechtenauerowskiego systemu walki. Techniki długomieczowe doskonale przekładają się na kord – czyli wspomniany wcześniej langes messer. Zresztą robiliśmy bardzo podstawowe rzeczy, w których szybko się odnalazłem.

Najważniejsze w tym wszystkim było trenowanie z różnorodnymi partnerami, których wcześniej się zupełnie nie znało. Szybko straciłem Gabriela z pola widzenia i mogłem koncentrować się tylko na sobie, wykonywanej technice i partnerze, z którym akurat w tej chwili trenowałem.

Następnym punktem programu był warsztat z technik walki długim mieczem. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam już czego konkretnie dotyczył ten warsztat, ale kilka szczegółów utkwiło mi w pamięci. Na przykład to, że wśród trenujących były strasznie duże różnice w sprzęcie… o proszę, właśnie sobie przypomniałem kilka szczegółów. :D

Powiązane wpisy

The Sword’s Path Boot Camp I – moja relacja Leci sobie playlista proponowanych utworów przez Spotify. W tym momencie We Have It All by Pim Stones Jeśli śledzisz mnie na Fejsie, pewnie już wiesz co działo się w zeszłym tygodniu. Jeśli nie...
Warsztaty z Marcinem Surdelem Wzięło mnie na płytę, której namiętnie słuchałem w tamtym okresie. 30 Seconds to Mars - This is War. Polecam. (: Wspomniałem pod koniec poprzedniego wpisu, że zaczęły trenować z nami niedobitki...

Strony: 1 2

Chcesz sobie ustawić avatar? Zarejestruj się!

Po rejestracji sprawdź spam swojej poczty. Mail z hasłem mógł do niego trafić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *